Site icon nadrabiam

W lesie dziś nie zaśnie nikt ale czy na pewno?

Kadr z filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”.
Źródło: gameplay.pl

Największy polski slasher, największy polski slasher, największy polski slasher

Od tygodni portale zajmujące się tematyką filmową podkręcały atmosferę zapowiadając m.in. najlepszy polski horror od wielu lat, najlepszy polski slasher, czy nawet – uwaga – polskie Stranger Things. Z tym ostatnim wiedziałam, że pojechali i przyznaję, że nawet na to nie liczyłam, ale cichy głosik w mojej głowie podpowiadał, że to możliwe. Że to już czas, na polski horror z prawdziwego zdarzenia. Cóż, podobno kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą.

Polski horror W lesie dziś nie zaśnie nikt, to próba stworzenia rodzimego slashera (krwawy film, w którym fabuła schodzi na dalszy plan – liczy się eliminowanie nastolatków przez mordercę*). W dużej mierze się to udało i fani gatunku mający w pamięci Porę mroku na pewno nie będą narzekać. Kiedy byłam nastolatką, oglądałam slashery namiętnie i choćby teraz mogę wymienić Wam przynajmniej 20 tytułów z pamięci. Mam więc pewne rozeznanie w temacie.

Na kanapę, zamiast do kina

Film został udostępniony na Netflixie w związku z postępującą epidemią. Takie kroki podjęto nie tylko w sprawie W lesie dziś nie zaśnie nikt, ale także innych premier. W serwisach stremingowych takich jak Netflix czy HBO znajdziecie wiele nowości, a na platformie Player możecie obejrzeć drugą część Sali samobójców, czyli Hejtera…, a także nominowane i nagradzane oscarowe hity m. in. Boże Ciało, czy Parasite – cena dostępu waha się między 12-35 zł za dostęp na 48h, więc wychodzi taniej niż bilet w kinie.

Nie wszystko złoto…

W lesie dziś nie zaśnie nikt to film z bardzo specyficznego gatunku, który charakteryzuje się przewidywalnością i bazuje na utartych już schematach. Ciężko więc oceniać go za oryginalność pomysłu. Tutaj najczęściej ceni się coś zupełnie odwrotnego. Dobry slasher, to taki, który opowiada własną historię, odtwarzając klasyki. W lesie… nie wyłamuje się ze schematu w żadnym aspekcie, co jest dużym plusem. Mamy grupę uzależnionych od internetu nastolatków, którzy przyjeżdżają na obóz off-line, by zobaczyć jak wygląda rzeczywistość w świecie bez subów i lajków. Przyznam szczerze, że mimo tego, że film widziałam niecałe 24h temu, to pamiętam z niego tylko imiona dwójki głównych bohaterów. Postacie nie wyróżniają się niczym szczególnym. No, może poza księdzem, którego gra Piotr Cyrwus (znany też jako Rysiek z Klanu). W grupie, która wspólnie z przewodnikiem wyrusza do lasu lądują: gracz komputerowy, słodka blondynka, która z trudem odkleja się od telefonu, dwóch chłopaków, którzy mają ze sobą na pieńku i dziewczyna po przejściach (grana przez Julię Wieniawę). Na pewno znacie to z amerykańskich produkcji.

Początek filmu przypomina o tym, co kochamy w polskich filmach. Piękne, długie i estetyczne kadry. Muzyka dopełniająca obraz, drżąca i szarpiąca nerwy, by za chwilę ukoić i dać poczucie fałszywego bezpieczeństwa. To połączenie świetnie buduje klimat i stopniowo wprowadza uczucie niepokoju, przyprawiając o dreszcze. Niestety, jak we wszystkich polskich filmach, problem pojawił się z dźwiękiem. Efekty i muzyka wybrzmiewają z mocą, podczas gdy dialogi pozostają ledwo słyszalne. Ten problem pojawia się zarówno w amatorskich, jak i profesjonalnych produkcjach i nie mam pojęcia co jest tego powodem. Najwidoczniej w polskim kinie panuje jakiś, niezrozumiały dla mnie, trend.

UWAGA: w dalszej części recenzji mogą pojawić się spoilery

Nie do rymu, nie do taktu

Fabuła rzeczywiście zawiera w sobie nieco science-fiction, pojawia się meteoryt i nieznana substancja z kosmosu. Ta z kolei wywołuje mutację u dwójki dzieci, które mieszkają razem z matką w środku las, sprawiając że stają się krwiożerczymi potworami i… to wszystko. Ten wątek nie jest ani wyjaśniony, ani w żaden sposób pogłębiony. Po prostu, na ekranie widzimy sekwencję kilku scen bez których całość miałaby tyle samo sensu, co wcześniej. Musze jednak przyznać, że efekty specjalne i charakteryzacja robią wrażenie. Nie dziwne więc, że twórcy chcieli je pokazać. Wiele krwi, fragmenty ciał, flaki na wierzchu – wszystko, co slasherowe tygryski lubią najbardziej, znajdą na ekranie w dużej ilości. Nawet ja, chociaż dawno przeszła mi faza na tego typu filmy, oglądałam go do pewnego stopnia z przyjemnością.

Po świetnym, przyprawiającym o ciarki na plecach, początku przyszła pora na rozwinięcie i popchnięcie fabuły dalej. Jeden z dzieciaków ginie w lesie, więc reszta postanawia się rozdzielić. Na poszukiwanie kolegi z przewodnikiem ruszają milcząca Zosia (Julia Wieniawa) i sympatyczny Julek (Michał Lupa). W tym momencie akcja zaczyna nie tyle się toczyć, co pędzić na złamanie karku, wywołując przy tym niemały zawrót głowy. Postaci wykruszają się w szybkim tempie i zmieniają swoje oblicze w sposób, który zdaje się być zupełnie nieprzemyślany i chaotyczny. Ten nieporządek i chaos szybko mnie znużył i sprawił, że zaczęłam odliczać minuty do końca seansu. Nawet przyzwoita końcówka nie utrzymała we mnie przekonania, że film utrzyma się w czołówce polskich horrorów. To z pewnością dużo lepsza produkcja od wspomnianej Pory mroku z Kubą Wesołowskim, na której nie da się nie chrapać, ale nie na tyle dobra, by zasłużyć sobie na przypisywane jej od tygodni tytuły.

Film z pewnością wpisuje się w kanon i ciągnie go całkiem nieźle. Estetycznie bije na głowę niektóre znane produkcje amerykańskie. Bardzo przyjemny dla oka, trzyma klimat i buduje napięcie. Chaos, który wkrada się, mniej więcej po połowie seansu, dla jednych będzie minusem, dla innych niezastąpionym elementem. Ode mnie dostaje 5/10, bo z jednej strony część mnie czuje, że bawiłam się nieźle, a druga część, że straciłam prawie dwie godziny życia. Jak do tego doszło? Nie wiem Myślę, że ten dylemat pozostanie dla mnie nierozstrzygnięty.

*Najbardziej znane slashery to np. Koszmar minionego lata, Dom woskowych ciał, Kiedy dzwoni nieznajomy, Freddy kontro Jason.

Exit mobile version