Site icon nadrabiam

Czy książki są wegańskie?

Poniższy artykuł nie jest sponsorowany, ale w tekście znajdziecie linki, które przeniosą Was na strony konkretnych produktów i firm. Wrzucam je, ponieważ znam produkty i mogę je z czystym sumieniem polecić. Jeśli produkt Was przekona i dokonacie zakupu, po przejściu przez link w tym artykule wesprzecie też rozwój mojego bloga, ale pamiętajcie, że wybór jest jak zawsze Wasz i nikt Wam niczego nie wciśnie!

Kiedy kilka lat temu, gdy przyszła „moda” na weganizm i temat zaczął rozkwitać w gazetach, programach telewizyjnych i na rynku wydawniczym, byłam totalnym mięsożercą. Spokojnie, ten tekst to nie wyznanie o tym, jak przechodząc na roślinną dietę, odmieniłam swoje życie — bo nie odmieniłam. Nadal jem mięso, choć teraz wybieram je znacznie rzadziej. W ciągu ostatnich lat moje poglądy zmieniały się wielokrotnie. Nieustannie szukałam odpowiedzi i czegoś, co zagra ze mną. Wciąż uczę się tego, jak pogodzić swój sentymentalizm z minimalizmem, ile rzeczy chcę, a ile powinnam zatrzymać. Jak oszczędzić wodę, jak wywierać mniejszy wpływ na środowisko. Jeżdżę autobusem, chodzę na spacery, a na zakupy chodzę z plecakiem lub wózkiem (tak, mam rydwan emeryta i jestem z niego bardzo dumna!).

Jednym z moich największych sentymentów są książki. Jestem przekonana, że każda z nich ma swoją historię, szczególnie jeśli pochodzi z drugiej ręki. Antykwariaty zawsze były moim małym disneylandem. Zaczęłam jednak zwracać uwagę na to, jak wygląda obecnie rynek wydawniczy, jak i z czego powstają książki. To odmalowało przed moimi oczami bardzo smutną wizję. Pomyślałam sobie — hej, jeśli tak bardzo zależy mi na tym, by dbać o środowisko, to czy kupowanie kolejnych książek nie jest zaprzeczeniem tego, co dla mnie ważne? Są przecież biblioteki. Tylko w bibliotece nie zawsze jest to, na co akurat mam ochotę, a do wypożyczenia nowości ustawia się zawsze bardzo długa kolejka. To nie rozwiązałoby problemu, więc stwierdziłam radośnie, że nie ma innego wyjścia i złożyłam kolejne zamówienie na stronie księgarni.

Wegański, czyli jaki?

Ten temat bardzo długo do mnie nie wracał, ale pewnego dnia, kiedy robiłam zakupy moje spojrzenie przykuła etykieta „produkt w 100% wegański”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo często widziałam napis na serkach, gotowych kotletach roślinnych itp. Zobaczenie wegańskiej lnianej ściereczki było dla mnie lekkim szokiem. Czy naprawdę trzeba podkreślać niewegańskość, w każdym produkcie? Nawet tym, którego nikt by o niewegańskość nie podejrzewał? Potem zaczęłam myśleć o tym, że może w trakcie produkcji używa się elementów albo barwnika, który może pochodzić z czegoś, co kiedyś było zwierzęciem. Wtedy przyszło mi na myśl pytanie, które zmieniło bardzo dużo w moich wyborach: skoro przy produkcji szmatki można wykorzystać zwierzęta, to czy książki są wegańskie?

Dawniej do tworzenia ksiąg używano wielu produktów pochodzenia zwierzęcego: skóry na okładkę, piór gęsich do pisania, kości zwierzęcych do sporządzenia kleju, atrament pozyskiwano m.in. z ośmiornicy. Oczywiście z biegiem lat i rozwojem cywilizacji w książkach było coraz mniej elementów będących wcześniej częścią żywej istoty. Jednak do dziś można spotkać książki w oprawie z naturalnej skóry, klejoną tradycyjnym klejem introligatorskim. Na szczęście te czasy odchodzą do lamusa, a codziennością jest używanie klejów syntetycznych i papierowych okładek pokrywanych folią. Czy to sprawia, że książki stały się wegańskie?

No niezupełnie.

Ile drzew potrzeba, żeby wydrukować książkę

Weganizm to nie tylko wybór żywieniowy, ale też sposób życia. Nie znam osobiście żadnego weganina, który uważa, że przestał jeść mięso „bo miał taki kaprys”. Za ruchem wegańskim stoi racjonalna troska o planetę, równowagę ekosystemu oraz dobrostan zwierząt. Czy produkcja książek taka jest? Oczywiście, że nie. Każdego dnia wydawane są setki nowych tytułów, których całe stosy trafiają do magazynów i sklepów, w których nie mają szans sprzedać się wszystkie (a przynajmniej zdecydowana większość). Miliony, a raczej miliardy egzemplarzy bezustannie wędrują ciężarówkami. Zarówno transport, jak i pozyskiwanie papieru to procesy szkodliwe dla środowiska. Proces tworzenia książki wymaga ścięcia drzewa, produkcji papieru, tuszu, tysięcy kilometrów transportu, a to tylko kilka z podstawowych potrzeb. Z jednego ściętego drzewa pozyskuje się papier na niespełna 12 książek. Do produkcji 1 kartki papieru potrzebne są 3 galony wody, to ponad 11 litrów. Dla mnie te ilości są trudne do wyobrażenia, patrząc na to, ile książek znajduje się dokoła nas. Niemal w każdym domu i sklepie. Gdzie się nie obrócimy, tam stoją stosy równo ułożonych książek, krzyczących „kup mnie!”.

Każdego roku na świecie wycina się ponad 15 miliardów drzew, a większość papieru stworzonego z tych drzew trafia do książek i podręczników. Średnio jeden podręcznik zawiera około 700 stron. Jedno drzewo może wyprodukować około 8333 arkuszy papieru

za: http://sustainability.umich.edu

Kiedyś, kiedy wydanie czy kupienie książki nie było tak proste jak dziś, miały one dużo większą wartość. Nie tylko rynkową, ale przede wszystkim, sentymentalną. Bez messengera, internetu, smsów, a nawet telefonu, z którego można by zadzwonić i zapytać „Cześć, tu Ania z kolonii, pamiętasz mnie jeszcze?”. Książki często były tym, co pozostawało po drugiej osobie i do czego można było wrócić, by przeczytać dedykację i powspominać czytając wyjątkową historię. Była w nich magia, bo zaklinały w sobie część osoby, która ją podarowała i łączyły z częścią osoby, która ją otrzymała. Były wspomnieniem wakacji, ludzi z pracy, a czasem jedynym, co po ukochanej osobie pozostało.

Dziś książki są produkowane na masową skalę, a historia, którą w sobie kryją, wcale nie musi być wyjątkowa, czy wciągająca by została wydana. Z mistycznego artefaktu, który przez lata nosił nasze smutki, żale, śmiechy i zachwyty, stały się czymś w rodzaju w pośpiechu przeczytanej ulotki, którą ktoś wpycha nam w ręce na dworcu. Nie ważne ile ulotek przeczytasz, zapamiętasz tylko te kilka nielicznych, naprawdę przyciągających oko.

Jakie mamy alternatywy?

Nie namawiam Was do całkowitej rezygnacji z kupowania książek, bo to jest krok, którego sama nie potrafię jeszcze zrobić. Nauczyłam się jednak podejmować rozsądne decyzje, dzięki którym czytam, co chcę, ale kupuję fizycznie tylko te książki, które mają dla mnie dużą wartość sentymentalną, lub te, które wiem, że będę czytać kilkukrotnie. Moim złotym środkiem okazała się subskrypcja na Legimi, gdzie jest bardzo wiele tytułów z praktycznie każdego gatunku. Jeżeli jakaś książka jest niedostępna, to sprawdzam na Virtualo, Nexto lub Woblink. Samo Legimi ma opcję dokupienia książki za niższą cenę, jeśli nie obejmuje jej Wasz abonament. Te opcje z doświadczenia mogę Wam polecić, a jeśli macie swoje ulubione sklepy z książkami cyfrowymi to dajcie znać w komentarzu, chętnie sprawdzę i może upoluję coś, czego od dawna szukam 🙂

Jeśli chodzi o czytnik ebooków, to nie mam dużego rozeznania w temacie, ale mam InkBooka Lumos, który sprawdza się idealnie. Ma opcję podświetlenia i regulację natężenia światła. Sprawdza się świetnie, kiedy mąż chce już spać, a ja marudzę, że jeszcze tylko jeden rozdział 😉

Źródła:

Exit mobile version