Nagość życia. Recenzja pisana przez łzy

 

Wilgotne powietrze lepi się do skóry. Na plecach czuję czyjś wzrok. Nie jestem tu sama.

Zaczynam biec.

Serce trzepocze jak dziki ptak uwięziony w klatce. Słyszę kroki doganiających mnie ludzi.

Nie ludzi.

Nie oglądam się za siebie. Bose stopy odbijają się od suchej, pomarańczowej ziemi. Już niedaleko.

Do ust spływa mi strużka potu. Potykam się o kamień. Upadam.

Silne uderzenie. Mgnienie bólu przebiega przez czaszkę.

Jestem w domu.

Otwieram zaciśniętą dłoń i rozprostowuję parę razy. Małe półksiężyce wbitych paznokci odznaczają się na jasnej skórze. Rozglądam się po pokoju, a po policzkach spływają mi łzy. Przypominam sobie, że przestałam oddychać. Biorę głęboki wdech. Kolejny. I jeszcze jeden. Znów poniosła mnie wyobraźnia. Wszystko było takie żywe. Upał, szorstka ziemia, strach…

Odkładam książkę. Na dziś już koniec czytania. Jak dobrze, że można przerwać ten koszmar kiedy ma się już dość. Jak dobrze.

Ja mogłam.

Oni nie.

 

„Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy.” to reportaż napisany przez Jeana Hatzfelda, wielokrotnie nagradzanego, francuskiego reportera, pisarza i korespondenta wojennego. Książka jest pierwszą częścią trylogii poświęconej ludobójstwu popełnionemu w Rwandzie w 1994 roku. Jest to zbiór wspomnień trzynastu ocalałych. Choć autor udał się do Rwandy niedługo po masakrze to dopiero trzy lata później zdecydował się wrócić na miejsce i spisać prawdę widzianą oczami ofiar.

 

Do żadnej recenzji nie podchodziłam tak długo. Kiedy piszę te słowa łzy napływają mi do oczu.

 

 

„Dziś nie da się już oddzielić wszystkiego linią i naprawdę stwierdzić, cośmy uczynili. Myślę, że Zło spadło na nas, a my wyciągnęliśmy do niego ręce.”

 

Christine Nyiransabimana, 22 lata

 

Narastające napięcie

W czasach, gdy Rwanda była belgijską kolonią postanowiono, że w dokumencie tożsamości powinna zostać zawarta informacja o przynależności plemiennej. Dwa największe plemiona, Tutsi i Hutu, zamieszkiwały te tereny od wieków żyjąc obok siebie. Tutsi byli koczownikami hodującymi bydło, Hutu skupiali się na rolnictwie. Wprowadzenie oficjalnego podziału wyznaczyło grubą linię pomiędzy sąsiadami, a przyznanie władzy państwowej Tutsi poszerzało istniejącą już przepaść. Chłopi, pochodzący głównie z plemienia Hutu, buntowali się przeciwko rządom Tutsi i spychaniu swojej grupy etnicznej na margines. W latach 60-tych XX wieku partia Hutu wygrała wybory parlamentarne, a niedługo później Rwanda ogłosiła niepodległość. W latach 70-tych doszło do zamachu stanu w wyniku czego kraj zyskał dyktatora Hutu. Uchodźcy Tutsi, którzy zbiegli do Ugandy stworzyli organizację militarną – Front Patriotyczny Rwandy, który po zakończeniu ludobójstwa w 1994 roku stał się główną siłą militarną państwa. W latach 90-tych FPR odnosił zwycięstwa w bitwach na terenie Rwandy, lecz kilka lat później zawarł pokój z rządem. W 1994 roku wzrosły niepokoje, a radykałowie Hutu prowadzili jawną propagandę nawołującą do mordowania Tutsi. Tego samego roku, 6 kwietnia dokonano zamachu na samolot dyktatora, a 7 kwietnia do Rwandy wkroczyło FPR. Tego samego dnia rozpoczął się pogrom Tutsi kierowany przez bojówki Hutu zwane Interahamwe.*

Fascynacja Afryką i problem z dostępnością

Kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się o trylogii rwandyjskiej od razu zapragnęłam ją przeczytać. Afryka, jej różnorodność kulturowa, przyroda i historia są dla mnie niesamowicie fascynujące, i nie mam tu na myśli tylko zachwytu nad samym pięknem, ale także nad podejściem do życia i wartościami tak bardzo różnymi od naszych. Z początku znalazłam w bibliotece tylko drugi tom pt. Sezon maczet. Wypożyczyłam go, ale po kilku stronach stwierdziłam, że to jest coś do czego będzie potrzebny kontekst i muszę zacząć od początku.

Ze znalezieniem pierwszej części miałam znacznie większy problem. Choć studiuję w jednym z większych polskich miast, to w żadnej okolicznej bibliotece w której miałam założoną kartę nie mogłam znaleźć tego co mnie interesowało. Temat trylogii zszedł na dalszy plan, w międzyczasie oglądałam i czytałam to co przy okazji wpadło mi w ręce na temat historii Afryki. Dopiero po kilku latach dostałam w prezencie dwa pierwsze tomy.

Każdy ma swoje granice

Zaczęłam czytać od razu, chcąc jak najszybciej pochłonąć całość i móc się z Wami podzielić wrażeniami. Nie przypuszczałam jednak jak bardzo ta książka wpłynie na moje życie. Oczywiście nie spodziewałam się lekkiej lektury, ale nie przypuszczałam z jakimi historiami przyjdzie mi się zmierzyć… a bywały, momenty, kiedy w trakcie czytania wstydziłam się, że jestem człowiekiem. Wielokrotnie musiałam książkę odkładać, żeby ochłonąć i poskładać myśli. Często cisnące się do oczu łzy rozmywały litery. W efekcie przeczytanie jej zajęło mi kilka tygodni podczas których opowieści ocalałych Rwandyjczyków nie opuszczały mnie na dłużej. Historie opisane w książce są niesamowicie realistyczne i żywe. Ich narratorzy to pierwsi spośród ocalałych Tutsi, którzy postanowili opowiedzieć o trwającym około sto dni koszmarze.

„Szliśmy ku życiu, ścinano nas i musieliśmy się cofnąć.
To bardzo trudne dla istoty ludzkiej, cofnąć się za linię, z której patrzyła na świat.”

Sylvie Umubyeyi, 34 lata

Spójna niespójność

Mówi się często w kontekście relacji pewnych wydarzeń, że „ile osób, tyle wersji”. Ta prawidłowość jest doskonale widoczna w opowieściach spisanych przez autora. Są to wspomnienia kobiet, mężczyzn i dzieci. Każda z tych osób doznała podobnych okrucieństw, ale będąc w różnych sytuacjach. Każde z nich pamięta to inaczej. Sami przyznają, że wspomnienia, choć nie tak dawne, zacierają się i mieszają. Bywa, że różne osoby pod wpływem stresu czy szoku zapamiętały jedno wydarzenie na różne sposoby. Czasem jedna osoba zmienia swoją historię, świadomie lub nie. Stąd niektórym ciężko jest określić w jaki sposób stracili bliskich, ich umysły są w tej kwestii zawodne. To jednak nie złośliwość wobec europejskiego dziennikarza, ani efekt czystego szoku. To sposób w jaki starają się przetrwać po stracie wszystkiego co było im bliskie, co wydaje się być szczególnie trudne kiedy pomyśli się, że odebrali im to ich najbliżsi sąsiedzi – ich przyjaciele.

Trzynaścioro ludzi opowiedziało swoją historię o traumatycznych przeżyciach, koczowaniu na bagnach bez ubrania i ognia przy którym można się ogrzać. O czuwaniu przy konającej przez kilka dni w błocie matce, rozłące z rodziną w obliczu śmierci, prowizorycznym chowaniu bezimiennych ciał. Ci, którzy nie mieli szczęścia uciec na bagna schronili się na wzgórzach, gdzie w rzadko rosnących bambusach, osłabieni brakiem wody stali się łatwą zdobyczą dla polujących. Historie nie sprowadzają się jednak do opisu martyrologii i całego okrucieństwa jakie zostało Tutsi wyrządzone. Ofiary rzezi opowiadają o swoim życiu przed, w trakcie i po ludobójstwie. Opowiadają o tym jak radzą sobie w życiu, jakie szanse zostały im odebrane i jaką widzą dla siebie przyszłość. Nie są to czarne scenariusze. Mówią też o pewnej niezręczności i wstydzie. O dużym dystansie pomiędzy nimi, a Hutu, którzy wrócili do kraju (po zakończeniu akcji eksterminacji wielu Hutu uciekło za granicę bojąc się odwetu).

Wszystkie historie mają jedną cechę wspólną. Ich autorzy nie starają się zrozumieć przyczyny tej tragedii. Każde z nich ma swoje poglądy czy teorie, ale nie jest to coś o czym chcą myśleć.

 

„Dziś widzę, że mówienie o ocalałych, nawet w gronie Rwandyjczyków,
nawet w gronie Tutsi, zawsze jest kłopotliwe. […] Jakbyśmy teraz stali się trochę zbędni.”

Innocent Rwililiza, 38 lat, nauczyciel

Moje odczucia

„Nagość życia…” miała być dla mnie sposobem na przybliżenie sobie prawdziwej Afryki, na poznanie i zrozumienie jej kultury i historii. Była to prawdziwa podróż i to nie taka, która pokazuje safari, egzotyczne rośliny, upał i dzikie zwierzęta. Ta książka zabrała mnie pod strzechy sklejonych z gliny i pustaków domów, gdzie w niewielkim pokoiku Rwandyjczycy opowiadali mi o największych traumach w swoim życiu. O ich osamotnieniu, o tym jak widzą swoją sytuację i w jaki sposób patrzą na nas – Europejczyków. Sposób w jaki snują swoje historie sprawił, że mimo panującej zimy zapomniałam o tym gdzie jestem i niemalże mogłam poczuć pomarańczową ziemię pod stopami i wszechobecny upał. Nie raz miałam ochotę móc ich objąć, powiedzieć coś… choć sama nie wiem co. Bo przecież brakowało mi słów. Wielokrotnie płakałam, cicho szlochałam i kręciłam głową z niedowierzaniem. Ta książka zostawiła bardzo głęboką ranę w moim sercu, jakby coś z niego wyrwała. Zupełnie jakby te historie, prawdziwe i poświadczone – wreszcie przelane na papier, otworzyły mi oczy na prawdę. Że pod całą warstwą wrażliwości, wychowania w cywilizacji i kulturze, gdzieś bardzo daleko w głębi siebie wciąż pozostajemy niewolnikami dzikich instynktów czekających, aż odrzucimy swoje człowieczeństwo.

 

Przestrzeń do refleksji

„Opowieści z bagien Rwandy” nie przybliżyły mi prawdziwego oblicza Afryki, ale pokazały prawdziwe oblicze człowieczeństwa. W swojej relacji autor nie stara się oceniać ludzkich czynów, daje czytelnikowi pełną swobodę interpretacji pozostawiając go sam na sam z narratorami historii, a relacje z akcji eksterminacyjnej przeplatane są krótkimi wstawkami, w których opowiada jak wygląda Rwanda w momencie, w którym spisuje on swoją historię. W jego opisie i relacjach mieszkańców widoczny jest pewien spokój. Pomimo całej krzywdy jaką wyrządzono Tutsi, codziennie widują się i witają ze swoimi sąsiadami Hutu.

 

Pomimo odkrytej nagości życia, ono toczy się dalej.

 

 

Komentarz: Podczas ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku, w przeciągu około 100 dni zamordowano blisko milion osób. Zarówno kobiet, mężczyzn jak i dzieci. Większość ofiar zginęła od ciosu maczetą. W powiecie Nyamata, o którym pisze Hatzfeld zginęło pięciu na sześciu Tutsi. Jak zauważa Innocent Rwililiza, jeden z ocalałych – gdyby nie powstrzymano rzezi, prawdopodobnie Hutu udałoby się całkowicie wyeliminować Tutsi.

*Krótką historię początków konfliktu opracowałam na podstawie zamieszczonej w książce chronologii, encyklopedii i własnej wiedzy.

Podziel się: