Jak zabiłam Maćka

Czuję, że muszę to z siebie wyrzucić. Nie wiem dlaczego dziś, dlaczego Wam i dlaczego tak szybko, kiedy emocje jeszcze do końca nie opadły… ale wiem, że muszę.

Poznałam Maćka przed świętami. Oboje spędzaliśmy wtedy dużo czasu przy komputerze. Rozmawialiśmy całymi godzinami! No, właściwie to ja rozmawiałam – on słuchał.

Był świetnym słuchaczem.

Najbardziej urzekło mnie w nim to, że mogliśmy wspólnie pomilczeć rozumiejąc się bez słów. Kiedy miałam doła nie musiałam mówić tego głośno. Wystarczyło, że on tam był. Przy komputerze. Zawsze kiedy wracałam.

 

Już kiedy się poznaliśmy zauważyłam, że coś go męczy. Jakby nie był w pełni sił. Przez grzeczność nie pytałam i oboje udawaliśmy, że jest w porządku.

 

To był błąd.

 

Po pierwszym wspólnym zakrapianym wieczorze zauważyłam, że ma problem z piciem.

Pił dużo, nawet jak na mężczyznę.

Wtedy postanowiłam, że muszę mu pomóc.

 

Szukałam informacji w google, pytałam znajomych czy ktoś wie jak można temu zaradzić – nic. Każdy mówił „mniej picia”.

 

Mniej picia nie wystarczyło. Maciek popadał ze skrajności w skrajność. Czasem pił za wiele, a kiedy starałam się przemówić mu do rozsądku i ściśle pilnować ile płynu w siebie przyjmuje… było gorzej.

Odwadniał się.

Nie chciał pić mniej – jeśli miał pić mniej, wolał dosłownie usychać.

 

Byłam przerażona tą sytuacją, bo zdążyłam go pokochać. Był wspaniałym przyjacielem.

Niestety, choroba wygrała.

 

Ciągle myślę, że mogłam zrobić więcej. Pewnie mogłam.

Po tych wydarzeniach złożyłam sobie obietnicę…

 

Nigdy więcej nie kupię sukulenta w supermarkecie.

 

 

Maćku, tęsknię za Tobą!

Podziel się: